wtorek, 1 lipiec 2008

The Dø

The Dø: A Mouthful
[Wagram; 2008]


Czym jest indie pop? Odpowiedź jest prosta: indie pop to The Dø! Francusko-fiński duet nie tylko nagrał jedną z najlepszych indiepopowych płyt tego roku, ale też na nowo zdefiniował ten gatunek (lub nurt, jak kto woli). Wokalistka Olivia B. Merilahti (ona jest rzeczoną Finką) i multiinstrumentalista Dan Levy (Francuz) stworzyli płytę będącą esencją tego, co wyrosło na gruncie terminu indie. Ich indie to samodzielność, swoboda gatunkowa, dziecięca naiwność i zachwyt melodią, wreszcie instrumentalna i brzmieniowa biegłość. Jak to wygląda w praktyce?

W praktyce jest to płyta dość jednorodna stylistycznie, jednak kilkakrotnie w trakcie jej słuchania doświadczycie zdumiewających zwrotów akcji. Ale zacznijmy od początku. Otwierający album utwór „Playground Hustle” to rozbudowane partie perkusyjne i tekst skandowany przez zmultiplikowany głos Olivii. Do tego świdrujące dźwięki fletu, klaskanie, cymbałki i jakieś bajkowe smyczki głęboko w tle. Intensywne wsłuchanie się w strukturę tego utworu musi wywołać uśmiech uznania dla umiejętności Levy’ego, który łączy ze sobą w nieprawdopodobnie zręczny sposób zupełnie odmienne elementy melodyki. Potem następuje cała seria prościutkich, ale urokliwych gitarowych piosenek, w których pobrzmiewają echa skandynawskiego popu, choćby The Cardigans. „At Last” ze ślicznymi chórkami, „On My Shoulders” prowadzony przez banalny wręcz motyw gitary i słodkie wejścia smyczków, melancholijna, intymna ballada „Song For Lovers”, „The Bridge Is Broken” z drażniącym, wysilonym wokalem Olivii, beatlesowsko melodyjne „Stay (Just A Little Bit More)” – to piosenki zwyczajne i proste aż do bólu, ale zaaranżowane i wykonane z taką lekkością i maestrią, że trudno się od nich oderwać. Znakiem rozpoznawczym gry Levy’ego są wplatane w strukturę utworów partie gitary puszczane od tyłu, dodające „The Brigde Is Broken” czy „On My Shoulders” lekko psychodelicznego posmaku.

No dobrze, a gdzie te zwroty akcji, gdzie te zaskoczenia? Pierwszy to „Unissasi Laulelet” – przepiękna piosenka zaśpiewana w suomi (czyli po fińsku), wypełniona efektownymi partiami perkusyjnymi i pełnymi uniesienia chórkami. Zaraz potem „Tammie” – nowy hymn indie kids. Posłuchajcie, jak świetnie nasz duet połączył tu latynoską rytmikę z prostą rockową melodią, jak w kulminacyjnych momentach wprowadzono podnoszące napięcie orkiestracje i chóry. Toż to prawdziwy indiepopowy majstersztyk! A żeby wrażeń nie było za mało, chwilę później dostajemy między oczy absolutnie zdumiewającym nagraniem – „Queen Dot Kong”. Hip-hopowy rytm, rapowany tekst pełen różnych dziwacznych zawirowań językowych, do tego szalone partie orkiestry (ach te flety i dęciaki!). To jest ten moment, kiedy zaskoczenie dosłownie zapiera dech w piersi. A to przecież nie koniec płyty! Zaliczymy jeszcze ponury, introwertyczny numer „Searching Gold”, wzruszająco piękną balladę „When I Was Lost Home” czy kakofoniczny, pełen gitarowych pisków utwór „Travel Light”. A na finał błyskotliwy flirt z brzmieniem popu lat 60. w „Aha” i bardzo mocny akcent w postaci agresywnego, przesterowanego basu w „In My Box”.

„A Mouthful” zebrała mnóstwo wysokich ocen w serwisach i blogach zajmujących się muzyką indie – zupełnie zasłużenie. To prawdziwe objawienie, eksplozja talentu i bezpretensjonalnego stylu, to płyta, której nie wolno przegapić.

[m] z bloga don't panic we are from poland


Nie znasz? Posłuchaj:
MySpace
On My Shoulders (video)

Znasz? Lubisz? Posłuchaj tego:
I’m From Barcelona: Let Me Introduce My Friends
Gomez: How We Operate
The Cardigans: First Band On The Moon

sobota, 21 czerwiec 2008

Black Francis

Black Francis: Svn Fngrs
[Cooking Vinyl; 2008]


Kiedy wiosną 2004 roku Pixies ogłosili powrót do wspólnego grania w oryginalnym składzie, wiele osób zastanawiało się, czy w przerwach pomiędzy trasami koncertowymi po całym świecie zespół znajdzie czas na nagranie czegoś nowego, a jeśli tak, to czy w XXI wieku stać ich będzie jeszcze na nagranie materiału na miarę „Surfer Rosa”, „Doolittle” albo „Bossa Nova”. Wydany jeszcze w tym samym roku singiel „Ban Thwok” zdawał się potwierdzać ogromny potencjał grupy, ale niestety, decyzją członków zespołu, było to prawdopodobnie jego ostatnie premierowe wydawnictwo. Suchej nitki na nowych kompozycjach, które powstały i zostały wstępnie zarejestrowane, nie pozostawił między innymi lider formacji – Frank Black. Być może w grę wchodziły w tym przypadku jakieś ukryte przed opinią publiczną czynniki psychologiczne, bowiem taki powrót, jak pokazuje historia, może być bardzo udany (Mission Of Burma, Dinosaur Jr.), a może być udany średnio (The Stooges). Tak czy owak muzycy z Bostonu skupili się na uszczęśliwianiu swoich fanów występami na żywo, rezygnując z działalności studyjnej. Czy jednak rzeczywiście był to dobry ruch z ich strony? Pretekstem do tych rozważań jest dla mnie tegoroczny, solowy mini-album Franka Blacka (występującego pod swoim starym pseudonimem Black Francis) zatytułowany „Svn Fngrs”. To tylko trochę ponad dwadzieścia minut muzyki, ale nawet taka porcja wystarcza, aby zauważyć, że lider Pixies jest w znakomitej formie jako songwriter. Może to być spore zaskoczenie, bowiem poprzednie dokonania tego piosenkarza w znaczącej większości prezentowały dość przeciętny poziom. Tymczasem już otwierający płytę „The Seus” przebija jakością większość kawałków, które Frank nagrał jako solista w ostatnich latach. Słychać w nim inspiracje funky, są nietypowe dla tego pana instrumenty, sposób śpiewania przypomina trochę Becka. Dalej muzyka jest już dużo bardziej poukładana, co nie znaczy że mniej interesująca. Rewelacyjne wrażenie robią zwłaszcza te nieco szybsze i bardziej agresywne utwory, jak „I Sent Away” i „When They Come To Murder Me”, momentami bardzo bliskie stylistyce Pixies, ale brzmieniowo przesunięte w stronę współczesnego rocka alternatywnego. Bardzo przyjemny jest też czerpiący z klasycznego country utwór tytułowy. Cały materiał zresztą utrzymuje się na wysokim poziomie artystycznym i kompozytorskim. Pod znakiem zapytania stają zatem przedstawiane motywy braku reaktywacji studyjnej jego legendarnej formacji. Na razie pozostaje nam zatem cieszyć się siedmioma nowymi kawałkami Franka, które nie odstają mocno od tego, co tworzył na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, więc fanom klasycznego, alternatywnego rocka powinny przypaść do gustu. Zwłaszcza, że jednym z najbardziej zapamiętywanych i oryginalnych elementów twórczości Pixies był właśnie charakterystyczny wokal Franka, a ten nie stracił nic na swojej sile i energii.


Nie znasz? Posłuchaj:
MySpace
I Sent Away (video)

Znasz? Lubisz? Posłuchaj tego:
Pixies: Surfer Rosa
Hüsker Dü: Flip Your Wig
Iggy Pop: The Idiot

piątek, 6 czerwiec 2008

Mudhoney

Mudhoney: The Lucky Ones
[Sub Pop; 2008]


Uprzedzam, że nie potrafię i nigdy nie będę potrafił bezstronnie podejść do czegokolwiek nagranego przez zespół Mudhoney. Bo to tak, jakby próbować znaleźć obiektywną skalę do oceny umiejętności kulinarnych własnej mamy, albo urody pierwszej szkolnej miłości. Z perspektywy czasu przyznaję, że dwie ostatnie płyty tego zespołu, nagrane po powrocie w (niemal) oryginalnym składzie, zostały przeze mnie nieco przewartościowane. Zachłysnąłem się po prostu możliwością obcowania z nowymi dokonaniami swoich idoli sprzed lat, licząc na to, że uda mi się poczuć jakbym znów miał szesnaście lat. Nie żeby „Since We’ve Become Translucent” i „Under The Billion Suns” były słabe, wystarczy odświeżyć sobie choćby „The Straight Life” z tej pierwszej żeby się o tym przekonać. Sęk w tym, że na drabinie jakości całościowo należało je umiejscowić co najmniej dwa poziomy poniżej tego, do czego przyzwyczaili nas Mudhoney w przeszłości. I, jak się okazuje, także przynajmniej jeden poziom od tego, na co przez cały czas było ich stać, bowiem „The Lucky Ones” to powrót zespołu do wielkiej formy, zarówno kompozytorskiej jak i wykonawczej, choć nie chodzi tu bynajmniej o nadzwyczajne umiejętności muzyków (chciałoby się rzec, że wręcz przeciwnie). Jakkolwiek wszystkie komplementy wygłaszane teraz pod adresem kapeli mogą brzmień mało wiarygodnie w kontekście tego co napisałem wcześniej, tym razem jestem absolutnie pewien swoich racji – nowy materiał to porcja garażowego rockandrolla, jakiego przez ostatnie lata na scenie rockowej uświadczyć można było raptem sporadycznie. Wystarczy posłuchać takich kawałków jak tytułowy „The Lucky Ones” czy klasycznie dzikich „Tales Of Terror” i „The Open Mind” (ten ostatni z charakterystycznie ironicznym tekstem „The open mind is an empty mind, so I keep mine closed”), aby dostrzec skok jakościowy na każdej bez mała płaszczyźnie i zostać porażonym witalną energią bijącą od tych utworów. Weterani ze Seattle zboczyli wreszcie ze ścieżki prowadzącej ich ku muzyce bardziej eksperymentalnej i powrócili do tworzenia tego, co wychodzi im najlepiej, a więc brudnej, nieokrzesanej muzyki gitarowej, opartej na prostych riffach i zbliżonej do największych i najważniejszych dokonań z okresu „Superfuzz Bigmuff”, estetyki śmierdzącej piwem, nikotyną i spalonym wzmacniaczem. Kompozycje mieszczą się w granicach garage-rocka i punk-rocka z elementami bluesa, wyznaczonych wiele lat temu przez takie grupy jak MC5, The Stooges, Ramones i The Dead Boys. Gitary Steve’a Turnera są znów tak wściekle przesterowane i hałaśliwe, że ich brzmienie osiąga momentami poziom absurdu a wokal Marka Arma, mimo upływu lat, nie stracił nic na zadziorności i nie zyskał nawet krzty na czystości. Tym samym jeden z dwóch frontmanów grupy może śmiało rywalizować o miano najgorszego wokalisty na rockowej scenie, co też nie jest w jego przypadku żadnym novum. A zatem wszystko po staremu – i to bardzo staremu. Jeżeli jesteście zwolennikami muzyki wyrafinowanej i nieliniowej, zdradzającej kunszt kompozytorski albo instrumentalną wirtuozerię, to polecam omijać „The Lucky Ones” szerokim łukiem. Ale jeżeli – podobnie jak ja – wychowaliście się na brzmieniu ze Seattle i czasami nostalgicznie spoglądacie na leżące na półce, pokrywające się coraz grubszą warstwą kurzu płyty Green River i Mother Love Bone, to nowe dzieło Mudhoney pozwoli wam na chwilę poczuć się tak, jakby grunge nigdy nie umarł.


Nie znasz? Posłuchaj:
MySpace

Znasz? Lubisz? Posłuchaj tego:
The Dead Boys: Young, Loud And Snotty
The Stooges: Raw Power
Green River: Dry As A Bone/Rehab Doll

poniedziałek, 5 maj 2008

Tokyo Police Club

Tokyo Police Club: Elephant Shell
[Saddle Creek; 2008]


W tym roku wydana została druga płyta zespołu Tokyo Police Club, następczyni doskonałego debiutu „A Lesson In Crime”. Początkowo nie mogłem się przekonać do nowej konwencji, którą obrali sobie młodzi muzycy z Toronto, zwłaszcza, że poprzedni materiał idealnie trafił w moje gusta, łącząc w sobie punkową żywiołowość, taneczność odmłodzonego nurtu garage-rockowego i nutę eksperymentalizmu zaszczepioną dzięki wykorzystanym klawiszom i elektronice. „Elephant Shell” to krok w stronę muzyki bardziej popowej. Tylko jeden numer w stu procentach nawiązuje do dotychczasowej, energetycznej twórczości zespołu i jest to wydany już w zeszłym roku na singlu „Your English Is Good”. Pozostałe piosenki nadal wywodzą się co prawda z dziedzictwa The Strokes, są jednak zdecydowanie bardziej poukładane i stonowane. Linia pokrewieństwa jest znacznie dłuższa a krew rozrzedzona przez inne inspiracje, wśród których można wymienić na przykład Pixies, Modest Mouse albo Trail Of Dead. Dorzuciłbym także Los Campesinos!, ale byłoby to znaczne nadużycie biorąc pod uwagę metryki obu zespołów. Zaznaczę zatem tylko, że pod wieloma względami te dwie grupy wydają się być sobie bardzo bliskie, choć pierwszy odsłuch może tego nie zdradzać. Obie czerpią wzorce głównie z gwiazd amerykańskiej sceny niezależnej, łączą w swojej muzyce żywiołowe rytmy z chwytliwymi melodiami, wykorzystują indie-popowego instrumentarium oraz wokalne wielogłosy. Tym samym w podobnym stopniu balansują pomiędzy stylistyką taneczną i sentymentalną. Wydaje się natomiast, że na „Elephant Shell” chłopaki z Tokyo Police Club postawili większy nacisk właśnie na nastrój i melodyjne harmonie, odpuszczając sobie część punkowej energii, która była jedną z ich najbardziej charakterystycznych cech. Często pozostajemy sam na sam z sekcją rytmiczną i wokalem, budującymi klimat przypominający dokonania post-punkowych klasyków. Zaiste jest to płyta, która z każdym przesłuchaniem przekonuje do siebie bardziej. Każda kolejna spędzona z nią minuta powoduje, że ma się ochotę o niej pisać i opowiadać więcej. Zaryzykuję wręcz twierdzenie, że po pierwszych dwóch-trzech spotkaniach nie sposób jest docenić pełną gamę pomysłów, które zaszczepili w swojej muzyce młodzi Kanadyjczycy. Ale że krążek sam w sobie jest krótki, to i o krążku będzie tym razem krótko. Zapraszam więc do odsłuchu!


Nie znasz? Posłuchaj:
MySpace
Last.fm
Your English Is Good (video)
Tessallate (video)

Znasz? Lubisz? Posłuchaj tego:
...And You Will Know Us By The Trail Of Dead: Worlds Apart
Pixies: Doolittle
Tapes 'n Tapes: The Loon

wtorek, 15 kwiecień 2008

The D'Urbervilles

The D'Urbervilles: We Are The Hunters
[Out Of This Spark, 2008]


Powoli, powoli, na kanadyjskiej scenie rodzi się zespół, który już niedługo może stać się prawdziwym objawieniem. Może nie za sprawą debiutanckiego albumu, bo temu brakuje przede wszystkim promocji by myśleć o czołówkach list podsumowujących rok, ale potencjał na przyszłość wydaje się być niebagatelny. Muzycy The D’urbervilles nazwę zaczerpnęli zupełnie przypadkiem z tytułu dziewiętnastowiecznej powieści „Tess of the D’urbervilles: A Pure Woman Faithfully Presented” Thomasa Hardy’ego, którą musieli przeczytać na zajęcia z języka angielskiego jeszcze w liceum. Nie mając innego pomysłu tuż przed pierwszym koncertem pomyśleli, że zabawnie będzie odwołać się do czegoś, co wszyscy obecni momentalnie rozpoznają. A przecież tak jak w przypadku niemal wszystkich lokalnych zespołów zaczynających dopiero swoją muzyczną karierę, na początku publiczność stanowili wyłącznie krewni i znajomi, w tym przypadku ze szkoły. The D’urbervilles bardzo szybko zdobyli popularność a o ich koncertach zaczęto mówić daleko poza rodzimą miejscowość Guelph. Debiutancka płyta, nagrywana na raty, była naturalnym, kolejnym krokiem młodych Kanadyjczyków. Trzeba przyznać, że udało im się w dużym stopniu oddać w wersjach studyjnych żywiołowość i energię charakterystyczną dla występów na żywo. Większość źródeł zestawia The D’urbervilles z ich krajanami The Constantines i trudno się temu dziwić, bowiem jest to pierwsze i najważniejsze skojarzenie, które przychodzi do głowy podczas słuchania „We Are The Hunters”. Doszukać się można naprawdę wielu cech wspólnych, począwszy na specyficznym sposobie artykułowania kolejnych wersów przez wokalistę (na przykład w utworze tytułowym), a na tendencji do prowadzenia utworów w minimalistycznej konwencji, opierając je głównie na perkusji i basie skończywszy. Ale inspiracje The Constantines, choć na pewno dominujące, nie są w twórczości grypy z Ontario jedyne. Słychać także wyraźne wpływy kilku innych rockowych grup nie stroniących od hałaśliwej, gitarowej estetyki, żeby wspomnieć tylko …And You Will Know Us By The Trail Of Dead. Świetnie w takiej stylistyce odnajdują się oryginalne partie gitar, sprowadzone do roli równorzędnej innym instrumentom i przez to nadspodziewanie interesujące i nietuzinkowe. Zaskakująco sprawnie (zwłaszcza biorąc pod uwagę ich wiek) radzą sobie muzycy The D’urbervilles z komponowaniem chwytliwych i wciągających melodii, uciekających od schematyzmu i wtórności. Często świadomie unikają struktury zwrotka-refren, czasem potencjalny refren celowo powtarzają tylko raz, aby podważyć jego funkcję w piosence. Potrafią pięknie rozwinąć utwór, zbudować nastrój tylko po to, aby w kulminacyjnym momencie niespodziewanie go zakończyć („This Is The Life” czy „Spin The Bottle”). Płyta jest stosunkowo krótka właśnie ze względu na to, że Kanadyjczycy streścili swoje kompozycje do minimum, wycisnęli z nich esencję a całą resztę bez skrupułów wyrzucili do kosza. Dzięki temu materiał jest wyjątkowo mocny na całej swojej długości i szerokości i nieszybko się nudzi. Warto zwrócić uwagę choćby na takie numery jak „Dragnet”, „Hot Tips”, „National Flowers” czy chyba najlepszy w całym zestawieniu, żywiołowy „The Receiver”. Polecam mieć oko na tę grupę, bowiem obecnie jest ona prawdopodobnie jedną z najbardziej perspektywicznych na świecie.


Nie znasz? Posłuchaj:
MySpace

Znasz? Lubisz? Posłuchaj tego:
The Constantines: Tournament Of Hearts
...And You Will Know Us By The Trail Of Dead: Madonna
The Afghan Whigs: Gentlemen

wtorek, 25 marzec 2008

Downstairs

Downstairs: Oh Father
[Fullstream; 2008]


Podobno muzyka popularna ze Skandynawii przeżywa ostatnio renesans. Chociaż nie, tu i ówdzie mowa była chyba tylko o Szwecji, ale ponieważ dzisiaj słów kilka o zespole z Finlandii, przymknijmy nieco oko na tę nieuzasadnioną generalizację teorii. A że po muzykę Downstairs sięgnąć warto, postaram się was szybko w tym miejscu przekonać. Faktem jest, że od jakiegoś czasu na scenie tego bardziej mainstreamowego post-hardcore’u panuje lekka posucha, tak jakby wystąpiło znane z fizyki zjawisko zmęczenia materiału. I nie chodzi mi w tym miejscu tak bardzo o ilość, co raczej o jakość nowych wydawnictw z tej półki. Sporo zespołów wpadło w pułapkę wtórności, odtwarzając patenty, które po kilkunastu bez mała latach nie powinny robić na nikim większego wrażenia. Patos, adrenalina i nachalny przesyt testosteronu powodują, że kolejne dzieła takich grup, jak choćby Circa Survive, wywołują u mnie odruch ziewania. Są na tej pustyni chlubne wyjątki, z którymi na pewno warto się zapoznać, a wśród nich tegoroczny, długogrający debiut formacji Downstairs. Chłopaki z Helsinek postanowiły otworzyć na oścież okna i wpuścić trochę powietrza odświeżającego tę zatęchłą atmosferę ciężkiego, gitarowego łomotu. Przede wszystkim uciekają oni od sztampowych i ogranych patentów, czyli bazowania wyłącznie na ostrych riffach i szaleńczej sekcji rytmicznej. Oczywiście są tutaj takie piosenki jak „Naifiles To You Bones”, którym bardzo blisko do dokonań wczesnego Fugazi czy tego bardziej agresywnego At The Drive-in, ale to nie one stanowią punkt oparcia dla całego materiału. Zdecydowanie częściej słychać zabawę brzmieniem i konwencjami oraz inspiracje współczesnymi grupami pokroju Brazil i meWithoutYou, a gitary bywają tu i tam wspomagane partiami organów, które zbliżają estetykę nawet w stronę takich wykonawców jak Tokyo Police Club (początek „Peephole City”). Ekstremum zostaje osiągnięte w całkowicie elektronicznym utworze „Goddamn Electric Pecker”, w którym nawet perkusję zastępuje automat. Ale nawet niektóre szybsze kawałki zdradzają niesamowite umiejętności kompozytorskie muzyków – w przeciwnym razie nie byliby w stanie napisać tak mocarnych fragmentów jak te z „My Girl’s Got A Big Mouth Tonight” czy „I’ll Be The Liver”, albo przemycić tak wielu różnych motywów w jednym kawałku (patrz „Legs For Arms”). Poza tym – i to jest chyba największa zaleta albumu „Oh Father” – pomimo wyraźnych nawiązań do muzyki punk-rockowej i hardcore’owej, grupie udaje się zachować artystyczną lekkość i przemycić swoistą radość z grania, o którą tak ciężko u innych współczesnych zespołów poruszających się w podobnych rejonach. Dzięki temu płyta nie przytłacza słuchacza i zostawia mu sporo przestrzeni do oddychania, nawet kiedy wokalista soczyście zdziera swoje gardło. Coż, dobrze wiedzieć, że kiedy Amerykanie chwilowo dostają zadyszki w popychaniu gitarowego wózka do przodu, Fińczycy (jak mawiał pewien niezbyt mądry pan) gotowi są ich w tym wyręczyć.


Nie znasz? Posłuchaj:
MySpace
Peephole City (video)
Goddamn Electric Pecker (video)

Znasz? Lubisz? Posłuchaj tego:
At The Drive-in: Relationship Of Command
Brazil: A Hostage And The Meaning Of Life
meWithoutYou: Brother, Sister

sobota, 15 marzec 2008

Let's Wrestle

Let's Wrestle: In Loving Memory Of... EP
[Stolen Recordings; 2008]


Teoretycznie zespół taki jak Let’s Wrestle w 2008 roku powinien być z góry skazany na porażkę. Lata świetności garage rock revival dawno minęły i każda grupa, która nadal próbuje rozgrzebywać tę ograną stylistkę sama wkłada sobie kija w szprychy. Właściwie nie powinienem był w ogóle zwrócić uwagi na tę londyńską formację, zwłaszcza, że już pierwszy rzut ucha na ich muzykę ujawniał kilka obiektywnych elementów mogących ich zdyskredytować w opinii wyrobionego słuchacza. Brzmienie i produkcja są koszmarne nawet jak na nagrania lo-fi – poszczególne instrumenty zostały słabo wyeksponowane, wszystko szumi, trzeszczy i jest przytłumione (właśnie zdałem sobie sprawę, że grupa ma wszelkie zadatki, aby stać się kolejnym odkryciem Pitchforka). Gitary przypominają nieco mniej agresywną odmianę wczesnego Dead Kennedys a o mającym problemy z czystym śpiewaniem wokaliście najlepiej w ogóle w tym miejscu nie wspominać. Czym zatem tak na dobrą sprawę chcą nas do siebie Londyńczycy przekonać? Stylistyką, która brzmi jak wczesne demówki The Strokes zanim jeszcze nauczyli się pisać przeboje, albo The (International) Noise Conspiracy nagrywający w garażu po wyjątkowo ciężkim dniu, kiedy nie mają już siły na ideologizowanie? Nie brzmi zachęcająco, prawda? A jednak coś w muzyce Let’s Wrestle powoduje, że raz usłyszana nie daje przez długie godziny spokoju. Wielokrotnie złapałem się na tym, jak nucę sobie w głowie „I’m OK, You’re OK” albo „I Won’t Lie To You”, nieświadom zupełnie skąd wzięły się w niej te melodie. Okazuje się, że EPka „In Loving Memory Of…” jest po prostu niesamowicie zaraźliwa. Urzeka gówniarską bezpretensjonalnością i bezczelną prostotą, hipnotyzuje swoją leniwą naturą. Nawet fałszujący wokalista, ukrywający się pod pseudonimem WPG nie drażni już tak bardzo i zdaje się idealnie odnajdywać w obranej estetyce. Ciężko mi zresztą nie kibicować grupie, która z rozbrajającą szczerością wyznaje poprzez tytuły swoich piosenek, że „Music Is My Girlfriend” i „I Want To Be In Husker Du” (choć ten numer akurat nie znalazł się na EPce). Grupie, w której poczuciu humoru wyczuwam mieszankę infantylizmu i surrealizmu („Song For A Man With Pica Syndrome”). Jakkolwiek jednak bardzo bym chciał, żeby chłopcy z Let’s Wrestle nie sparzyli się na długogrającym debiucie, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie przeżywają oni swoje pięć minut na scenie. Tym bardziej warto posłuchać ich nagrań już teraz.


Nie znasz? Posłuchaj:
MySpace
I Won't Lie To You (video)

Znasz? Lubisz? Posłuchaj tego:
The Strokes: Is This It?
Tokyo Police Club: A Lesson In Crime
Ramones: Ramones