wtorek, 8 stycznia 2008

A Place To Bury Strangers

A Place To Bury Strangers: A PlaceTo Bury Strangers
[Killer Pimp; 2007]


A Place To Bury Strangers teoretycznie mogliby się narodzić w każdym mieście na świecie, ale to właśnie Nowy Jork wydał ich na świat. Nie powinno to jednak dziwić nikogo, kto choć trochę zna kontekst kulturowy i historyczny Big Apple. Już od końca lat sześćdziesiątych to miasto imponuje regularnością, z jaką na jego scenie kreują się niemal bezustannie nowe, interesujące zjawiska muzyczne. Po półwieczu koniunktury Nowy Jork wcale nie stracił w tym względzie impetu i A Place To Bury Strangers są na to najlepszym dowodem. Choć inspiracje dla swojej twórczości grupa czerpie przede wszystkim od wykonawców zza oceanu, to w kilku miejscach na debiutanckim albumie oddaje hołd swoim artystycznym ascendentom. Pierwszym elementem dobiegającym uszu słuchacza jest silnie przesterowana gitara, skutecznie niszcząca i zagłuszająca z trudem przebijające się na pierwszy plan strzępy melodii i rytmu. Skojarzenia z The Jesus & Mary Chain są w pełni uzasadnione, bowiem to właśnie dokonania tej formacji jest punktem wyjścia dla twórczości nowojorczyków, ale nie sposób nie zauważyć, że popychają oni te same rozwiązania do granic przyswajalności, przesuwając się na skali ekstremum dużo dalej niż ich szkoccy prekursorzy. Brzmienie gitary zostało zniekształcone tak dalece, że buduje ona coś na kształt atonalnej gęstwiny zgrzytów i trzasków. Za tą grubą warstwą dźwiękowych cierni kryją się jednak także melodie, czasami tak delikatne i ulotne, że aż nienaturalnie kontrastujące z hałaśliwą naturą materiału. Nawet najbardziej melodyjne na płycie fragmenty „Breathe”, „I Know I’ll See You” i „She Dies” charakteryzują się wszakże jedynie namiastką kalekiej przebojowości, a do miana najbardziej porywającego utworu urasta energiczny „My Weakness”, napędzany w refrenie industrialną, zgrzytliwą gitarą. Nieco lekkości, przywołującej nieśmiało shoegaze’owy nastrój My Bloody Valentine, dodają muzyce, oplatające ją niczym cienka pajęczyna, klawiszowe pejzaże. Zapętlone ścieżki rytmiczne, elektroniczne syntezatory i imitujące automat instrumenty perkusyjne budzą skojarzenia z Cabaret Voltaire, a duszna i nerwowa aura przypomina momentami także wczesne Suicide. Z kolei przepuszczony przez pogłos wokal, wypełniający złowieszczo przestrzeń w tle niczym szamańskie inkantacje (zwłaszcza w ambientowym „The Falling Sun”) jeszcze mocniej zabarwia ciemnymi kolorami i tak już niebezpiecznie gotycki klimat, po raz kolejny zresztą zdradzając najważniejszy obszar stylistycznych odniesień, a więc The Jesus & Mary Chain. Wszystko to składa się dość ponurą, ciężką w odbiorze płytę, do której powraca się chyba tylko dla charakterystycznego dreszczu perwersyjnej przyjemności, dla zakazanego uniesienia towarzyszącego eksploracji mrocznych obszarów własnej wrażliwości.


Nie znasz? Posłuchaj:
MySpace
I Know I'll See You (video)
To Fix The Gash In Your Head (video)

Znasz? Lubisz? Posłuchaj tego:
The Jesus & Mary Chain: Psychocandy
My Bloody Valentine: Loveless
Suicide: Suicide (first album)