
Pissed Jeans: Hope For Men
[Sub Pop; 2007]
Jeżeli The Libertines określimy mianem łobuzów, to Pissed Jeans zasługują na reputację muzycznych bandytów. Czwórka roboli z Allentown znalazła idealny sposób na wyładowanie agresji i uzewnętrznienie swojej małomiasteczkowej frustracji. Nagrali płytę szorstką jak ręcznik z wojskowego przydziału, twardą niczym wywrotka na asfalcie. Płytę, która w zestawieniu z innymi propozycjami tzw. sceny indie-rockowej wygląda jak syberyjski tygrys przy pospolitym dachowcu. Bezkompromisową i anty-przebojową. Doprawdy nie byłoby przesadą stwierdzenie, że gdyby Iggy Pop urodził się czterdzieści lat później, to dziś śpiewałby w zespole brzmiącym mniej więcej jak Pissed Jeans. Analogie są aż nadto wyraźne – w obu przypadkach można mówić o postawie buntowniczej, przedkładaniu emocji i energii ponad harmonie (a nawet melodie), wyłamywaniu się panującym aktualnie trendom, poruszaniu się na granicy artystycznej przystępności. Nawet arsenał środków przekazu służących realizacji założonej estetyki jest podobny. W obu przypadkach mamy tę samą, gitarową stylistykę, zamiłowanie do tworzenia hałaśliwych tekstur i psychodelii, wyrazisty, silny wokal. Głos Matta Korvette, który zdzierając gardło wyrzuca z siebie kolejne linijki prostych, acz zadziornych tekstów, sugeruje, że podobnie jak u Iggy’ego mamy tu do czynienia z prawdziwym twardzielem, gotowym rzucić się na nas z pięściami ot tak, dla zabicia czasu. Różnice zaczynają się, kiedy ulokować artystów z Ann Arbor i Allentown w kontekście historycznym. W muzyce Pissed Jeans nie ma już tyle nowatorstwa, właściwie we wszystkich utworach na „Hope For Men” można się doszukać odniesień do grup z kolejnych pokoleń garage-rockowców. „Secret Admirer” i „Fantasy World” przypominają ciężkie, karykaturalnie zwolnione kawałki The Melvins, zwłaszcza jeśli zwrócić uwagę na sfałszowaną, okropnie przesterowaną gitarę prowadzącą główny riff. „Bad Wind” mogłoby pochodzić z wczesnego okresu działalności Soundgarden, choć dopiero brudny „I’ve Still Got You (Ice Cream)” zdradza inspiracje prawdziwym grungem spod znaku Mudhoney i Green River. Świat Pissed Jeans nie kończy się jednak na muzyce ze Seattle. Prowadzony przez zapętlony motyw basu i pianina „Scrapbooking”, w którym Matt wciela się w rolę jakiegoś mrocznego kaznodziei inkantującego swoje przesłanie budzi skojarzenia ze sceną wczesnego post-punku z San Francisco, a „I’m Turning Now” i „Caught Licking Leather” zawierają sporo elementów zapożyczonych z Black Flag. Ten ostatni numer do spółki z „People Person” jest właściwie pozbawiony melodii, bowiem prowadząca gitara skupia się na wydawaniu drażniących uszy atonalnych dźwięków, trzasków i pisków. Wypada wspomnieć, że duże wrażenie na całej płycie robią właśnie partie gitary Bradleya Fry, który wzorem East Bay Raya z Dead Kennedys urasta do miana cichego bohatera formacji. Materiał kończy mocno osadzony w początkach lat siedemdziesiątych (wspomniane już The Stooges, MC5), powoli rozwijający się w prawdziwie rockandrollowy wymiatacz „My Bed”. Jeżeli więc zawiódł was niedawny powrót do studia Iggy’ego i braci Asheton i nadal szukacie ostrej, surowej i bezkompromisowej dawki gitarowego hałasu, to „Hope For Men” spełni wszystkie wasze oczekiwania.
Nie znasz? Posłuchaj:
MySpace
I've Still Got You (Ice Cream) (video)
Znasz? Lubisz? Posłuchaj tego:
The Stooges: Fun House
Black Flag: Damaged
Mudhoney: Superfuzz Bigmuff
![]()
